czwartek, 17 lipca 2014

Od Sabriny cd

Jedziemy wedle wskazówek na południe. Gdy dojeżdżamy do gór uświadamiam sobie, jak ciężka to będzie podróż. Może Nariamez mieszka blisko, a pokonanie gór zajmuje tyle czasu? Nie zastanawiam się jednak nad tym długo. Popędzam Fronię i wspinamy się na pierwszą górę.

Ostatnie promienie słońca muskają mój polik. Musimy gdzieś przenocować. Nagie szczyty gór doskonale zdradzają naszą pozycję. 
- Sabrino... - zaczyna Morffi, ale wiem co chce powiedzieć.
- To powiedz mi gdzie! - mówię zdenerwowana.
- Może w jakiejś grocie, w dolinie, a może w kotlinie...
Nagle Fronia zarżał. Morffi wydała z siebie radosny pisk. O co chodzi?
- Wiem gdzie! W wiosce, w wiosce!
Przez jakiś czas nie pojmuję o co jej chodzi, aż zauważam światła chat. Ledwie kilometr od nas. Popędzam Fronię, choć wiem, że ledwo zipie. Zaraz sobie odpocznie.
Dwie sprawy. Jesteśmy w wiosce. To dobrze. Wioska jest złych krasnoludów. Szlag!  Mali ludzie otoczyli nas zewsząd. Wioski zwykle powstają przy wejściach do tuneli. Jeśli nie opanuję sytuacji nadejdą ich całe zastępy.
- Drodzy przyjaciele... - zaczynam, ale stary krasnolud mi przerywa.
- Nie jesteście naszymi przyjaciółmi, ludzie!
- Nie jestem człowiekiem tylko syreną!
Krasnoludy zaczęły się śmiać.
- A gdzie twój ogon rybko? - zapytał chamsko jeden z gapiów.
- Pół-syreną. - poprawiam się. - Mój ojciec był elfem.
- Czego tu szukasz?! - padła kolejna uwaga.
- Schronienia na noc.
- To źle trafiłaś. - powiedział ten sam krasnolud.
- Odjedź! - krzyknął kolejny
- Powiedzcie mi chociaż gdzie znajdę człowieka nazwiskiem Nariamez Mądry.
Wszystkie oczy skupiły się centralnie na mojej twarzy. Starałam się zachować dumną pozę.
- Na południe przez Piekielny Przesmyk. - odparł spokojnie jeden z ludu. - Coś jeszcze?
- Nie, dziękuję. - powiedziałam i odjechałam.
Tę noc spędziliśmy w małej grocie, do której Fronia ledwie wszedł. czeka nas jeszcze długa droga.
Rano Morffi mnie obudziła i wskazała na małą martwą kozę u wylotu naszego schronu.
- To od Syriusza. - powiedziała. Jednak mój piesek nade mną czuwa. Zjadłyśmy mięso surowe. - Czym ja cię nakarmię? - powiedziałam patrząc Fronii w oczy.
Koń głośno zarżał.
- On jadł. - powiedziała. - Co, Syriusz przyniósł mu jedzenie?
- Nie, powiedział tylko, że jadł.
Kto dał mu jeść? Skąd wziął jedzenie? To mnie przerasta. Nie jestem filozofem.
Godzinę później byliśmy już w trasie. Szliśmy wąskim przesmykiem. To był zapewne Piekielny Przesmyk, o którym mówiły krasnoludy. Był tak wąski, że Fronia ocierał się o ściany. Nie jechałam na nim, a go prowadziłam. Morffi szła przed nami. Nagle usłyszałam głośne rżenie. To nie był Fronia. Spojrzałam pytająco na Morffi.
- Nie mam pojęcia... - wtedy kolejny koński krzyk przeniknął przez przesmyk.
Starałyśmy się nie zwracać uwagi na głosy. Szliśmy dalej, ale Morffi nagle się zatrzymała. Pokazała pyskiem w górę. Tam zobaczyłam koński łeb. Koń przeskakiwał nad szczeliną którą szliśmy i hałasował.
- O co mu chodzi?! - zapytałam nerwowo.
- Ona mówi, że... - zaczęła Morffi i wsłuchała się w głos konia. - Wyprowadzi nas z tego przesmyku. Mamy iść za nią.
Teraz szliśmy patrząc ciągle w górę. Szliśmy tak, aż do rozwidlenia dróg. Jedna ścieżka była taka jak dotychczas, a druga była grotą, ciemną jak bezchmurna noc. Koń kazał nam iść do groty. Nie wiedziałam czemu, aż nie zobaczyłam.
Droga szła ku górze. To było wyjście z przesmyku.
Na górze stał koń, który wskazywał nam ciągle drogę. Piękna biała klacz o błękitnej grzywie.
C.D.N