czwartek, 20 lutego 2014

Od Anari do Sabriny cd

     Tej nocy wcale nie spałam. Myślałam nad tym co się wydarzyło i nad tym co się wydarzy. Nie wiedziałam dlaczego po policzkach zaczęły mi płynąć słone łzy,ale nie powstrzymywałam ich.
    Usłyszałam kroki na korytarzu.Wzięłam się w garść. Otarłam łzy i poprawiłam suknie. Gdy do pokoju wszedł czarnoksiężnik Baltazar stanęłam przed nim dumnie. Nie chciałam by zobaczył moją bezradność. Z tego wszystkiego zapomniałam schować skrzydła. Ale to chyba dobrze,bo czarnoksiężnik zrobił się nie spokojny. Najwyraźniej bał się aniołów albo miał z nimi na pieńku. Postanowiłam zachować tą przewagę.
   Baltazar zabrał mnie  znowu do jadalni i poczęstował śniadaniem. Nie byłam w stanie jeść w jego towarzystwie. Co najwyraźniej go nie ucieszyło. Nie lubił mnie. Koło południa mężczyzna założył mi kajdany na ręce i nogi.Nie byłam w stanie biegać,a więc i uciekać. Sam wsiadł na konia i przywiązał łańcuch do siodła. To już było wredne. Nie dość, że ubrał mnie w suknie do ziemi i w szklane pantofelki to jeszcze karze mi iść za koniem. Zaczęłam protestować. W pewnym momencie kłótni czarnoksiężnik uderzył mnie w twarz. Upadłam na ziemie. Wstałam i zaczęłam masować policzek. Z rozciętej wargi pociekła mi krew, której kilka kropel spadło na moje białe pióra u skrzydeł. 
  Czarnoksiężnik popędził konia,a zwierze ruszyło z miejsca. Ile ja bym dała za to,żeby Kira była ze mną. Szklane byty były strasznie nie wygodne a suknia zaczepiała się o każdą gałązkę lub kamień i co chwila si potykałam. Nie wzbiłam się w powietrze, ponieważ na krótkim łańcuchu nie poleciała bym wysoko i mogłabym zahaczyć o coś skrzydłami.
  W pewnej chwili spojrzałam w niebo i zobaczyłam orła. Modliłam się,żeby to była Alien. Miałam szczęście ptak poznał mnie i usiadł na moim ramieniu. Zaczełam przekazywać jej co ma zrobić. Kazałam jej wyrwać zakrwawione pióro z moich skrzydeł, zanieść je do Sabriny i powiedzieć gdzie jestem i,że potrzebuje pomocy. Alien wysłuchawszy rozkazu szybko wzbiła się w powietrze i pomknęła jak wiatr zanieść pióro. Musiałam zyskać na czasie. Zaczęłam prosić Baltazara, żeby się zatrzymywał co chwila, bo chce mi się pić ,jestem zmęczona albo coś w tym stylu. Odziwo czarnoksiężnika to nie zdziwiło, najwyrażniiej był głupszy nisz mi się wydawało.
    Koło wieczoru dotarliśmy do jaskini.:

 
                     












Ale nie to było celem podróży,przeszliśmy przez jaskinie i na jej końcu przez drugie wyjście prowadzące do świata podziemi.

   Gdy tylko przekroczyłam jego progi poczułam napływ mrocznej energii. Wszędzie gdzie nie spojrzałlam czaiło się zło. Czarna magia wnikała do mojego umysłu powoli mnie osłabiając. Jako istota powierza czyli anioł byłam bardzo podatna na wpływy mroku. Straciłam przytomność.
   Obudziłam się przykuta do stołu ofiarnego tyle, że nie miałam już na sobie czerwonej sukni a czarną,która od poprzedniej różniła się tylko kolorem. Próbowałam uciec, ale nie byłam w stanie, nie potrafię przerwać łańcucha. Zobaczyłam jak Baltazar podchodzi do mnie ze sztyletem. Odwraca się i zaczyna przemawiać do demonów podziemia.
 -Oto nadszedł dzień w  którym to my zawładniemy na całym światem nadziemnym! Krew tej zwykłej kobiety pozwoli nam zdobyć moc silniejszą od mocy bogów! Wreszcie będziemy panami życia i śmierci!
   Na jego słowa zadrżałam. Mężczyzna odwróci się i podszedł do stołu ofiarnego. Uniósł sztylet. Po raz pierwszy rzecz tak mi ie obca jak śmierć była mi bliższa niż kiedykolwiek przedtem. Za każdym razem gdy się o nią ocierałam miałam wyjście i nie byłam bezbronna, a teraz leżę przykuta do kamiennego stołu i wiem, że moją pierś zaraz przeszyje zimne stalowe ostrze.
  Patrzyłam przerażona jak czarnoksiężnik opuszcza sztylet, który już prawie przebija moją skórę. Z rany zaczęły już ciec pierwsze krople krwi gdy nagle czarownik upadł martwy na ziemie. Z nago pleców wystawała tylko drewniana strzała. Znałam je dobrze,bo to były moje strzały. Ale moment w całym klanie tylko ja potrafiłam strzelać z łuku.Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Po chwili zobaczyłam Moon,Morffi,Syriusza,Alien i jakiegoś nie znanego mi pasa. Zaraz dotarła do mnie też Sabrina, Donatan i ...
Aidana. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Już na pewno była noc a on nie zmienił się w wilkołaka. Wojownicy szybko zdjeli mi kajdany. Niestety Ucieczka nie przeszła tak ja podejrzewałam. Gdy już mieliśmy opuścić świat podziemi otoczyły nas demony. Zaczeliśmy się powoli cofać do wyjścia. Ale jak  się wydostaniemy demony wyjdą za nami. Trzeba byłoby zamknąć przejście do świata podziemi raz na zawsze. Powiedziałam o tym reszcie.
-Uciekajcie!Ja zajmę się tymi demonami!-krzyknął Aidan.-Jak już opuścicie jaskinie zniszczcie strof i zamknijcie wejście do niej na zawsze!
 Chciałam zaprotestować, że nie poświęcę przyjaciela. Ale Sabrina złapała mnie za ramie i wyprowadziła z jaskini.
-To jego decyzja.Już mu nie pomożemy.-powiedziała. Rzuciłam zaklęcie i zniszczyłam wejście do jaskini. Nie byłam szczęśliwa z wolności, ale na to już nic nie poradzę. Przed jaskinią czekały już nasze konie. Szybko wróciliśmy do zamku Melinar.

<Sabrina,Jak mnie znalazłaś?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz